Otworzyłem okno i postrzał się cały
pokój,
pomimo że wiatr przyniósł zapach
kwitnącego drzewa.
Niczego nie złapałem na pulsującym,
gorącym widoku.
W interiorze pomieszczenia przedmioty zdawały się intruzami,
prowadzącymi bardzo powolną
ekspedycję,
miotła, która podłodze robiła
przewroty,
radio nie odbierające życia, gdy
podawane są straty za wschodnią
granicą, zasypujące niezagojone
ekrany warstwy pasków informacji
na telewizorze niczym zawarty na nich
komunikat o lawinie
spoczywającej po każdej nieczytanej
stronie.
Poszukiwałem stałego języka, na
którym mógłbym stanąć suchą stopą
lub wylądować na powierzchni ego i
nadawać siebie
jeziorom, zimnym krajom ogrzewającym
się przy zorzach,
ukrytym sensom, ziemiom, których
najmniejsze grudy zostały policzone,
(chociaż sam się nie nadaję na
sygnał niweczący wysoką tęsknotę,
rozstania, stanie w ogniu). Lewa dłoń
na prawej
rozbitkiem, dochodzimy do siebie po
długim
dotyku, dopływamy łapiąc się pod
skórą krwi.
Podróże są na miejscu, nigdy nie na
wynos.
Ruch nie zdąży powrócić tam gdzie
przed cząstkami
elementarnymi foton sam siebie
wyjaśnia.
Akurat wiatr się łapał wszystkiego
co tylko
popadło, jakikolwiek fuch, by tylko
przetrwać.
Zamknięte i otwarte książki
przesypują kartki,
przekazujące między sobą swoje
obecności.
Wykradaliśmy pismo niczym jawne
światło
z ogniska, który zawsze zdradza plany
nocy.
Cóż, język jednocześnie opaską i
ślepcem,
upływającą samej sobie bez ujść
rzeką
na sucho, gdy się papier oddaje jak
dziwka.
Dopowiadam, że również jest progiem
nieistniejącego domu,
(a zamiast szczekającego psa, pomerda
pismo),
obietnicą, której nic się nie
spełniło, nawet księżyc w pełni,
dla której nie dostawiono mahoniowego
i pustego krzesła
do zasiadania przy nieśmiertelności
bez biesiad i podań,
zaokrąglonych kantów, nóg, podanej
niczym
w proch starty adres, numer telefonu w
pustej
telefonicznej budce, gdy chmury
połączyły się kroplami z ziemią.
Nie zapaliłem pisma,
języka nie ugasi pustynne pragnienie
i nie przeciśnie się przez niego
igła,
ta sama w której zaszył się biblijny
wielbłąd.
Coś boli, co odbija się od dna
symboli,
co zresztą już pisałem wcześniej w
kilku wierszach.
Najlepiej swoje obowiązki wykonuje
czas,
wiem o tym już za późno, nawet
powiew w sadzie
zaprowadza bałagan, sam jest
bałaganem,
a cisza stoi jako niezdobyta góra,
na której chłód wysadza się
prochami przodków
bez lądu, nie w powietrze, co najwyżej
w dystans,
niczego nie znający poza sobą samym.
Wyjaśnia się na nowo ciemne światło
tętnic
palone w sen, gdy w palcach mrowi
wieczność, sprawnie
udaje kabel, wiele odcięto jej dostaw.
Ciała niebieskie nie odkładają
grawitacji w tłuszczu
nadpobudliwych jąder, przez nią są
komety
po kostki w rybnych stawach,
zatopionych w piasku
i falujących w nieprzesypujących się
ziarenkach grobów.
Nie jestem pogodzony z bezchmurną
pogodą,
tak jakbym stał się chmurą, podającą
w nocy
kałuże asfaltowi, wzrokiem, który
tyje
od wzgórz i rozpasanych metropolii w
fałdach
drapaczy chmur bez metek. Otworzyłem
okno
i u podnóża butów szukałem
przełęczy,
i postrzały się naczynia, laptop i
lodówka,
bo wpadł wiatr do pokoju, który
nieustannie
przestaje być na chwilę pierworodną
skamieliną.
A może jednak język przypomina płomyk
bez świeczki, tak po chwili zagaduję
wszystkie
przedmioty i zamienią się w nagłe
zaćmienie
agrafki, krzesło, klucze, łóżko,
starożytne
posążki, tarcze, wazy widziane w
muzeach,
za nimi zachodzący ludzie do tawerny,
a dziś monopolowych. Nic się nie
zmieniło.
Otworzyłem oczy i okno szczelnie aż
do szczelin.
Ostatniej nocy przyśnił mi się sam
jak palec
rozcięty język każdym napotkanym
słowem
jak bluszczem. Zaczął wróżyć z
nich, jest jasnowidzem.