poniedziałek, 18 maja 2015

Zjednoczone stany skupienia języka




Otworzyłem okno i postrzał się cały pokój,

pomimo że wiatr przyniósł zapach kwitnącego drzewa.

Niczego nie złapałem na pulsującym, gorącym widoku.

W interiorze pomieszczenia przedmioty zdawały się intruzami,

prowadzącymi bardzo powolną ekspedycję,

miotła, która podłodze robiła przewroty,

radio nie odbierające życia, gdy podawane są straty za wschodnią

granicą, zasypujące niezagojone ekrany warstwy pasków informacji

na telewizorze niczym zawarty na nich komunikat o lawinie

spoczywającej po każdej nieczytanej stronie.

Poszukiwałem stałego języka, na którym mógłbym stanąć suchą stopą

lub wylądować na powierzchni ego i nadawać siebie

jeziorom, zimnym krajom ogrzewającym się przy zorzach,

ukrytym sensom, ziemiom, których najmniejsze grudy zostały policzone,

(chociaż sam się nie nadaję na sygnał niweczący wysoką tęsknotę,

rozstania, stanie w ogniu). Lewa dłoń na prawej

rozbitkiem, dochodzimy do siebie po długim

dotyku, dopływamy łapiąc się pod skórą krwi. 

Podróże są na miejscu, nigdy nie na wynos.

Ruch nie zdąży powrócić tam gdzie przed cząstkami

elementarnymi foton sam siebie wyjaśnia.

Akurat wiatr się łapał wszystkiego co tylko

popadło, jakikolwiek fuch, by tylko przetrwać.

Zamknięte i otwarte książki przesypują kartki,

przekazujące między sobą swoje obecności.

Wykradaliśmy pismo niczym jawne światło

z ogniska, który zawsze zdradza plany nocy.

Cóż, język jednocześnie opaską i ślepcem,

upływającą samej sobie bez ujść rzeką

na sucho, gdy się papier oddaje jak dziwka.

Dopowiadam, że również jest progiem nieistniejącego domu,

(a zamiast szczekającego psa, pomerda pismo),

obietnicą, której nic się nie spełniło, nawet księżyc w pełni,

dla której nie dostawiono mahoniowego i pustego krzesła

do zasiadania przy nieśmiertelności bez biesiad i podań,

zaokrąglonych kantów, nóg, podanej niczym

w proch starty adres, numer telefonu w pustej

telefonicznej budce, gdy chmury połączyły się kroplami z ziemią.

Nie zapaliłem pisma,

języka nie ugasi pustynne pragnienie

i nie przeciśnie się przez niego igła,

ta sama w której zaszył się biblijny wielbłąd. 

Coś boli, co odbija się od dna symboli,

co zresztą już pisałem wcześniej w kilku wierszach.

Najlepiej swoje obowiązki wykonuje czas,

wiem o tym już za późno, nawet powiew w sadzie

zaprowadza bałagan, sam jest bałaganem,

a cisza stoi jako niezdobyta góra,

na której chłód wysadza się prochami przodków

bez lądu, nie w powietrze, co najwyżej w dystans,

niczego nie znający poza sobą samym.

Wyjaśnia się na nowo ciemne światło tętnic

palone w sen, gdy w palcach mrowi wieczność, sprawnie

udaje kabel, wiele odcięto jej dostaw.

Ciała niebieskie nie odkładają grawitacji w tłuszczu

nadpobudliwych jąder, przez nią są komety

po kostki w rybnych stawach, zatopionych w piasku

i falujących w nieprzesypujących się ziarenkach grobów.

Nie jestem pogodzony z bezchmurną pogodą,

tak jakbym stał się chmurą, podającą w nocy

kałuże asfaltowi, wzrokiem, który tyje

od wzgórz i rozpasanych metropolii w fałdach

drapaczy chmur bez metek. Otworzyłem okno

i u podnóża butów szukałem przełęczy,

i postrzały się naczynia, laptop i lodówka,

bo wpadł wiatr do pokoju, który nieustannie

przestaje być na chwilę pierworodną skamieliną.

A może jednak język przypomina płomyk

bez świeczki, tak po chwili zagaduję wszystkie

przedmioty i zamienią się w nagłe zaćmienie

agrafki, krzesło, klucze, łóżko, starożytne

posążki, tarcze, wazy widziane w muzeach,

za nimi zachodzący ludzie do tawerny,

a dziś monopolowych. Nic się nie zmieniło.

Otworzyłem oczy i okno szczelnie aż do szczelin.

Ostatniej nocy przyśnił mi się sam jak palec

rozcięty język każdym napotkanym słowem

jak bluszczem. Zaczął wróżyć z nich, jest jasnowidzem.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz