czwartek, 14 maja 2015

Trawniki i nieśmiertelność

Spoliczkowały mnie ścinki, trawa abdykuje,
kosiarki rozcinają trawnik w centrum miasta.
Gdzie mam się w sobie podziać skoro nie ma miejsca
na postawienie krzesła w samym środku duszy,



przeciągi, pełno klamek, zupełnie odchodzę
od ciała i spowiadam się do własnych dłoni,
wysychającej rzeki w upalne południe
i spełniam się życzeniom, które płyną w ginie.

Poradzę sobie z niebem, gdy mnie nagabuje
wilgocią i zbierają się kałuże w stada.
Dochodzi do przecieków, jem kolację w kuchni
a kosmos nie dochodzi do siebie, gdy spada.

Komety nie parkują, czas tyka lojalnie,
łzy obiegają ciemne solaria wieczorem.
Jest coś nieśmiertelnego w rozbijanych lustrach,
Dzielimy obietnice na buty i koniec

dróg, w które dmiemy, zajdą nam same podeszwy.
Wciągają nas przodkowie w sprawy swoich prochów,
korzenie wywołują nad do czystych grudek,
na których zapiszemy ze spadkiem zużycia

energii w tłuszczu - oddech, poziomu płynących
wód. Eksmitują z mieszkań - totalny kataklizm,
i zachodzimy w głowę, gdy nieczynne banki
z kraterów na PIN plują plikiem zimnej magmy

o zmierzchu, chociaż lato, siebie nie zwracamy
nam samym. Uniwersum zdaje się być z bańki.
Czy kiedyś się zdarzymy, aby zostać resztką
żywiołów? Nie wrócimy po wszystkim z zakupów,

gdy nas zabraknie, łaknie. Okulary z filtrem
lądują, ciała obce penetrują limfę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz