kosiarki rozcinają trawnik w centrum miasta.
Gdzie mam się w sobie podziać skoro nie ma miejsca
na postawienie krzesła w samym środku duszy,
przeciągi, pełno klamek, zupełnie odchodzę
od ciała i spowiadam się do własnych dłoni,
wysychającej rzeki w upalne południe
i spełniam się życzeniom, które płyną w ginie.
Poradzę sobie z niebem, gdy mnie nagabuje
wilgocią i zbierają się kałuże w stada.
Dochodzi do przecieków, jem kolację w kuchni
a kosmos nie dochodzi do siebie, gdy spada.
Komety nie parkują, czas tyka lojalnie,
łzy obiegają ciemne solaria wieczorem.
Jest coś nieśmiertelnego w rozbijanych lustrach,
Dzielimy obietnice na buty i koniec
dróg, w które dmiemy, zajdą nam same podeszwy.
Wciągają nas przodkowie w sprawy swoich prochów,
korzenie wywołują nad do czystych grudek,
na których zapiszemy ze spadkiem zużycia
energii w tłuszczu - oddech, poziomu płynących
wód. Eksmitują z mieszkań - totalny kataklizm,
i zachodzimy w głowę, gdy nieczynne banki
z kraterów na PIN plują plikiem zimnej magmy
o zmierzchu, chociaż lato, siebie nie zwracamy
nam samym. Uniwersum zdaje się być z bańki.
Czy kiedyś się zdarzymy, aby zostać resztką
żywiołów? Nie wrócimy po wszystkim z zakupów,
gdy nas zabraknie, łaknie. Okulary z filtrem
lądują, ciała obce penetrują limfę.
od ciała i spowiadam się do własnych dłoni,
wysychającej rzeki w upalne południe
i spełniam się życzeniom, które płyną w ginie.
Poradzę sobie z niebem, gdy mnie nagabuje
wilgocią i zbierają się kałuże w stada.
Dochodzi do przecieków, jem kolację w kuchni
a kosmos nie dochodzi do siebie, gdy spada.
Komety nie parkują, czas tyka lojalnie,
łzy obiegają ciemne solaria wieczorem.
Jest coś nieśmiertelnego w rozbijanych lustrach,
Dzielimy obietnice na buty i koniec
dróg, w które dmiemy, zajdą nam same podeszwy.
Wciągają nas przodkowie w sprawy swoich prochów,
korzenie wywołują nad do czystych grudek,
na których zapiszemy ze spadkiem zużycia
energii w tłuszczu - oddech, poziomu płynących
wód. Eksmitują z mieszkań - totalny kataklizm,
i zachodzimy w głowę, gdy nieczynne banki
z kraterów na PIN plują plikiem zimnej magmy
o zmierzchu, chociaż lato, siebie nie zwracamy
nam samym. Uniwersum zdaje się być z bańki.
Czy kiedyś się zdarzymy, aby zostać resztką
żywiołów? Nie wrócimy po wszystkim z zakupów,
gdy nas zabraknie, łaknie. Okulary z filtrem
lądują, ciała obce penetrują limfę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz