poniedziałek, 27 kwietnia 2015

LOMBARD

LOMBARD

Myślałem o Tobie nieustannie
O tysiąc mil na południe, tam gdzie Włochy
położyły udo przy Francji, w tej przyciemnionej strefie.
(Seamus Heaney)

Przedmioty, których matek poszukiwać próżno
w muzeach ze szklanymi inkubatorami,
błyskają w tekturowym zawiniątkach. Ślepe
komórki - dajmy na to z siódmego (przed)miotu,

miewają tylko łączność z ułożonym światem
blatu, na którym zegar jest zimnym ratuszem,
retuszem. Rzędy półek wylizują księżyc.
Laptopy nie sięgają do wtyczek w foliowej

bieliźnie - ładowarek. Pierścionki, z którymi
zerwały palce (odtąd same są jak palec)
zaręczam, że się sobie nie będą zaręczać.
Po trosze mamy w sobie coś z zimnych lombardów

układających pieśni, bo kamień miksuje
witrynę, pełzną scratche ku zakłopotaniu,
gdy o zachodzie słońce palącym się bębnem,
horyzont – bladym smyczkiem, więc grają na nerwach.

Na dyskach twardych zresztą snują się pornole,
po zmroku się odbywa nieruchoma schadzka,
dlatego napalone spadające gwiazdy
spalają się wysoko w atmosferze, zresztą

ciała niebieskie mają przepastne darkroomy,
szeroką grawitację do tańczenia, liczne
dyskotekowe kule z plazmy, do burdeli
nie wpuści się ich. Parsek parska albo stęka

jęzorem oplutego dystansu, dyndają
komety. Zamarzają wiersze polecenia
w nas samych, giną giny, zwykle na życzenie.
Czy waga się zdobędzie na ciężar odwagi,

telewizory znajdą własnych przewodników,
nie kończąc na pilotach, lotach pi przez cyfry?
Antyczne wazy wsiądą w przeciągi do tchnienia,
gdy buty postradały zerwane podróże,

podróże w pień wycięte postradały buty,
a co, podeszwa sama nie będzie manowcem?

Zwinięte mapy skrytym, nieodwzajemnionym
całowaniem moreny, fallicznych poziomic.
Pierdoły - wykopano je ze strychów, strachu,
by do nich wrzucić smugi broczącego żużlu

różowym zmierzchem, dotyk zamieniony w przepaść,
wstążeczki, czułe sprzęty i alarm bez mety
zastygły i odeszły w podanym pokoju 

o jasno ustalonym metrażu w papierach
i w ciemno ustalonym prawie do uśmierceń.

piątek, 10 kwietnia 2015

Wiersze poza światem

Dyptyk o własnej twarzy

1. Log out

Drogi nie rozbiegają się same,
ale masz prawo o tym nie wiedzieć,
nie znałeś poganiaczy manowców o rogach
ulic opływających w obfitość z monopolowego.

Dość nam się poszczęściło, że rzucamy cienie,
stojące niczym nigdy nie dogasająca
sygnalizacja. Przejdę na czarnym światełku?
Cóż, gdyby tak się przyjrzeć, to jednoosobowe
ogniska. Automatów z napojami nie ma
w zaświatach. Wyjdę z twarzą z facebooka o zmroku,
pomimo, że z profilem całkiem mi do twarzy.

 
2. Cień pachnie nieszczęściem

Drogi nie dojdą z powrotem do siebie,
szczególnie te biegnące obok psychiatryków,
burdeli, burs. Czytałeś Bursę zaginiony
w przytulnym napalonym ciele po zachodzie
w głowie nie jednej gwieździe jakby spadła z czapki?
Skruszony lód uwalnia rzekę niczym whisky.
Masz prawo tylko o tym nie wiedzieć, że ciągle
coś cię nie powstrzymuje, że wciąż nadal jesteś,
nie odróżniając bytu od pobytu w sobie,
choć zwala się na głowę, bo w nagłej potrzebie
przyświeca grawitacji tankowany kosmos.
Powtarzasz, będę nagłym pobytem nad wodą.
Końcówki sznurowadeł brzmią jak koniec świata.
Czy da się oprowadzić pilota przez newsy?
Umarłym nie nadaje się prawa do ziemi,
masz prawo poznać tylko: cień nie rzuca ciebie.

Czarne złoto za plecami lub pieśń o bogactwie
Wersja nr 1

22 lata temu zakopałem skarb,
a nie wiem gdzie. Tak bywa dosyć często, większość
lokalizacji w życiu ucieka przez palce,
chociażby zdjęte miasto, chociaż zaręczano,
że bloki nie rozłączne są z nami do śmierci,
choć mieszkam w kawalerce. Szedłem wynieść śmieci,
rzucałem za plecami cień - znalazłem miejsce.

Wersja nr 2

22 lata temu zakopałem skarb, 

a nie wiem gdzie. Głęboko w chmurach i skąd płynie
lokalizacja, marznąc niczym pod wiaduktem
spod jakiejś ciemnej gwiazdy, wychylając czoło?
Lecz spływa i ocieka, ucieka przez palce
.
Wyeliminowano miasto. Zresztą zapewniano,
bloki nie rozłączają nas od śmierci, nawet
zaręczam, że są wierne kable, rozłożona
kanapa. Oprowadzi pilot po ekranie.
Dojrzewam w kawalerce i wynoszę w worku
obraną śmierć za target nie do znalezienia,
gdy rzucam za plecami cień - znajduję miejsce.

(z przygotowywanego tomiku: Księga paradoksów)



czwartek, 9 kwietnia 2015

Recenzja nr 1

Patryk Nadolny
Hologramy średnio wieczne – o tomiku everyman Łukasza Kuźniara

Łukasz Kuźniar, everyman, Fundacja Duży Format, Warszawa 2013.

Z rokiem 2013 polskie środowisko poetyckie zostało zasilone pokaźną ilością mocnych, wyrazistych dykcji i jedna z nich należy do Łukasza Kuźniara. Po samym tytule należałoby się spodziewać raczej rekapitulacji wątków moralitetowych w literaturze europejskiej. Treść tomiku została jednak zorganizowana z postmodernistycznej reinterpretacyjnej perspektywy. Związku z powyższym w książce nie występuje wyświechtany obraz psychomachii. Mamy raczej rozbudowany konflikt fizjologizmu i instynktu ze sferą duchową w życiu lirycznego everymana. Sztuka, rozterki etyczne, również transcendencja gryzą się z instynktem władzy, hedonizmem i reżimem seksualności. Przymus ściera się z marginalnymi niszami wolności, nonkonfornizm (Śmierć/ jest jak śmieć; jednorazówka trująca/ atomosferę przez miliony lat) przegrywa tylko z egzystencjalnym kresem.
W tomiku uniwersalizmy kulturowe, w tym historiozoficzne zostały skategoryzowane w pięciu częściach ułożonych gradacyjnie. Całość otwierają alegoryczne fragmenty rzeczywistości zawieszenia i iluzji, z której nie istnieje ostateczne wyjście, nawet jeśli nim jesteśmy sami. W kolejnych tekstach jawi się trwanie między być, a nie być częścią anarchizującej się kultury z tendencjami do autodestrukcji; echo zapalczywego nihilizmu, okazujące się polem walki o niezarysowanych jasno konturach, pomiędzy dobrem, a złem i wreszcie pochwalny stosunek do tego co zdołało przetrwać. Wszystko zamyka retrospektywny galimatias wyżej wymienionych elementów w najobszerniejszej części Minione. W tytułowym wierszu Everyman, jednak zdaje się tkwić szkopuł. Jego treść może być odcztywana jako ukryty protest przeciwko zagłuszaniu indywidualizmu we współczesnym świecie, wszechwładzy anonimatu wypływającej z wojującego globalizmu.
Zaczytując się w everymanie, zwróciłem szczególną uwagę na zabieg powtarzania ostatniej frazy na początku kolejnego wiersza. Ów pomysł zazębiania ze sobą sąsiadujących wierszy, daje do zrozumienia, że nie ma alternatyw, a nawet najwęższych przesmyków, za którymi zaistnieje szansa diametralnie innego finalizowania się procesów dziejowych. Przykładowo ostatni dystych Mikrotkanek, otwierający sąsiadującą z nimi Skamielinę, pełni rolę językowego mediatora pomiędzy wierszami:

Wolę, gdy jesteś w pikselach, w punkcie,
między kliszami. Zarejestrowane widmo.

Występuje więc semantyczna strefa pogranicza albo przemieszania, hybrydyczna w stosunku do biologii i skamieniałej formy - żywa osoba na zdjęciu. Intertekstualne frazy w everymanie (pojawiające się w dwóch pierwszych częściach tomiku), stanowią próbę konsensusu pomiędzy powszechnymi antagonizmami, przeszłość - teraźniejszość, życie – śmierć, bezimienność – nazywanie, bliskość - dystans, które potrzebują siebie nawzajem, by mogły w ogóle istnieć.
W tomiku występują zjawiska, sytuacje, których wartościowanie pozostało w gestii czytelnika. Tak więc, dopiero po utożsamieniu się z rzeczonym everymanem, poszczególne postawy, czyny pojawiające się w książce, nabierają zawsze relatywnych znaczeń (przez dwóch innych odbiorców diafragma albo aborcja mogą być afirmowane bądź traktowane z negatywizmem). Wprawdzie zaznacza się również hamletowskie ujęcie everymana, wzmagające poczucie dramatyczności, ale Kuźniar nie poszukuje oczywistych wyborów między jasną, a ciemną stroną życia. Czasami newralgiczne dylematy zderzają się w przestrzeniach powtarzających się fraz – węzłów (niekiedy o dozie indyferentyzmu), na które zawiązano ze sobą sąsiadujące wiersze, zwykle nastawione do siebie antagonistycznie, przykładowo:

Dzieci chłonące paradygmaty śmierci.

Ów fraza spaja Retrospekcję z tekstem zatytułowanym Glosa, traktując o zabijaniu niewinności języka, prowadzonego na egzekucję, która trwa od wieków, a zmieniają się tylko narzędzia w epokach: gęsie pióro, karafka, wypisujący się długopis rozdrapujący papier. W przestrzeni niektórych fragmentów zaznacza się ponowoczesna dekonstrukcja wątków religijnych i eschatologicznych.
          Poetycka propozycja laureata I edycji konkursu Fundacji Dużego Formatu daje czytelnikowi możliwość korelacji jestestwa everymana z własnymi egzystencjalnymi doświadczeniami, nie uciekając się do zbędnego apologetyzowania i negacji konkretnych elementów rzeczywistości. Melodyka wierszy, warstwa metaforyczna, którą budują sekwencje logicznie następujących po sobie podstawień językowych, to wyrazisty atut debiutu. Ponadto czytelnik nie jest jedynie biernym odbiorcą, ale staje się współautorem, co jest niebagatelną zaletą tomiku. Na szczególne wyróżnienie zasługuje pieczołowicie uporządkowana kompozycja książki. Odważę się stwierdzić, że niektóre teksty imitują matematyczne fraktale, tyle że należy w tymże przypadku mówić o semantycznych fraktalach, chociażby:

Półkula, na której mówi się

półgłosem, w pół zdania urywa się sens, jak przy połówce
lub połowie ryb. Półfabrykant bywania
(Spektakl)

Wszystko układało się w rzędy jak wojsko na poligonie.
W pary: chłopiec – dziewczynka, w konfiguracji tradycyjnej.
W słupki, jak wyniki sondy.
(Symetrie)

Jedynie stawiane pretensjonalnie przerzutnie mogą od czasu do czasu irytować czytelnika, ale oddzielają to, co nigdy nie połączy się samym językiem:

umierają
i odradzają się.
(Glosa)

W parku, w windzie, nie dopuszczasz myśli, że mogłoby
was nie być.
(Liczysz minuty)

Postmodernizm będący również komercyjnym implantem kultury w najszerszym jej rozumieniu, zarażający bezrefleksyjnym podejściem do rzeczywistości, dochodzi do głosu w przestrzeni kilku wierszy, zwłaszcza:

Pstrokate, lazurowe światełka, masy studentów:
w bejsbolówkach, watowanych kurtkach, prochowcach,
szalikach w kratkę, hipsterskich oprawkach z allegro.
Azjaci czytający z przyjęciem “Steak in the house”.

Banery zachęcające do wejścia, ich odbicia w bruku,
plakat filmu, który wbija w fotel mocniej niż perspektywa

straty.
(Obchód)

Oczywiście zdarzają się wyciszenia, miejsca neutralne, przyczółki (świat cząstek elementarnych, atłasowe konstelacje), skąd bohater - everyman nabiera sił, by kroczyć dalej pradoliną chłodu? Konwencję tomiku Łukasza Kuźniara można określić mianem „poetyckiej archeologii, paleontologii albo archiwistyki” przepełnionej sentymentalnym wołaniem za skamielinami w osobistym życiu albo pasażem przeszłości.
Walka pomiędzy dobrem, a złem klaruje się w dwóch ostatnich częściach. Z perspektywy retrospektywnej zauważa się zmiany linii demarkacyjnych, burzenie i stawianie na ruinach nowych twierdz, rozglądanie się za nieznanymi krainami do zdobycia.

Trawa. Przed laty szare klepisko. Dzieci z łopatkami,
lalki z wykłutymi oczami, rozdrażnione matki.
(Plac zabaw)


Plac zabaw jako plac broni, który w przyszłości dojrzeje w życiowy poligon codziennych zmagań ze sobą i światem? Czasami autor uspokaja czytelnika migotliwymi siedliskami  nadziei wiązanej z transcendencją:

Arbitrowi przed drzwiami obol w ucho,
ażeby głuchy był na krzyki i gwałty. I podomkę:
na szczęście wieczne, w razie gdyby
(Napływ)

porównywać ów szczęście do znalezienia na łące czterolistnej koniczyny? Czy współczesna załoga statku Argo wypływałaby na ocean blantów, a ścianę płaczu można znaleźć w każdych czterech kątach? Czy pokładanie nadziei w nieodgadnionych zakamarkach języka i kosmogonii zakrawa o istne kuriozum? Postawienie tychże pytań, zaczęło napawać mnie entuzjazmem i wiarą, że bez silenia się na profetyzm języka, można na nowo wykonywać operację na otwartych uniwersalizmach. Nawet jeśli pełno w tomiku nihilizmu i tryumfującej śmierci, to świeci światło, które wypuszcza korzenie, a strata znaczy zyskać chociażby szerszą perspektywę, dojrzewający dystans, z którego można uchwycić sens binarnego podziału świata.
Ambiwalentny lub chimeryczny, taki się jawi czytelnikowi everyman u Łukasza Kuźniara, funkcjonujący między przededniem ponowoczesnej, względnie futurologicznej emblematyki rodem ze świata - matrixa przesyconego amnezją tożsamościową i historyczną, ontyczną i kulturową fatamorganą, a podupadającym europejskim dziedzictwem, nie tylko wieków średnich.