1.
Po raz kolejny świat zdaje się
nieudanym eksperymentem, źle wykręconym numerem, zerwanym deszczem
na linii połączeń niezdarnych obłoków i odstawianych prochów
przodków po stypach. W sam raz się wydarzyłem, mój własny byt
celuje we mnie precyzyjnie. Zapowiadali dzisiaj słoneczną pogodę,
ale nie mogę się pogodzić z dookoła panoszącym
się dystansem. Wszędzie jest go pełno, a nas coraz mniej. Jednak
pada i zbierają się kałuże, z których się nie wróży. Jadę
pociągiem prawie trzy godziny. Nareszcie się wynurzają z niebytu
przedmieścia Poznania. Tak zawsze jest z miejscami pod naszą
nieobecność. Byt zmienia się w pobyt, nigdy nie na odwrót. Przynajmniej, gdy wysiądę z roztrzęsionego pociągu,
przestaną mnie napadać filozoficzne natręctwa myślowe. Krajobraz jest rozklekotany, a słońce wyczerpało możliwości barw.
Siedzę na wąskim korytarzyku i patrzę na ludzi, którzy mają
nieco cieplej w przytulnych przedziałach.
Wysiadam i z szarmancją znoszę
na peron walizkę na oko dwudziestoletniej dziewczynie. Cóż, nie
lubię za bardzo pomagać kobietom. Bardziej ciągnie mnie do łóżka
i onanizowania się w zaciszu akademikowego pokoju. To takie
zdumiewające, że nawet kiedy zachodzimy w głowę, nigdy nie
odkryjemy, dlaczego jesteśmy akurat tą, a nie zupełnie inną
osobą: wredną sprzątaczką, którą spotykam na korytarzu, gdy idę na uczelnię, którymkolwiek z kumpli, Putinem, Aquilerą, Sashą Grey, szefem największego meksykańskiego kartelu narkotykowego, w którego zaczną strzelać nawet z prochów ziemi. Za nisko zachodzili mieszkańcy Tenochtitlan, osłaniali się tylko za ciężką tarczą słońca, a otwierane ciała ciepłem symulowały zmierzch z czerwoną kulą, pozrywane z piramid niczym winogrona. Ach, padło na mnie i jestem Patrykiem Dolnym, w portfelu noszę połyskujący dowód osobisty, który
ma przecież coś ze średniowiecznych masek szyderców. Często się
nad tym zastanawiałem i każda myśl ukierunkowana na rozwiązanie
tej zagadki, okazywała się sama manowcem, przy którym rosną nerwy
niczym polny oset.
Akademik jest niewzruszony na
powroty po weekendzie, chociaż dotyka mnie nienazwana tęsknota, a
dystans rozciąga mnie niewidzialnie między mieszkanie, w którym
się wychowałem, na każdy ze sprzętów domowych z osobna, a
wynajmowany pokój i rozsadza mnie na setkach miejsc i zakątków
jednocześnie, które się we mnie przelewają tak jakby we mnie góry
się zaczęły przenosić drogą płciową bez wyjść ewakuacyjnych.
Codziennie sobie stawiam wysokie tęsknoty na dojrzewającym odwrocie
języka. Wymyka się, przepada, jestem z tego rad. Nigdy nie stanąłem
na wysokości zadania, co najwyżej zdania. Zdania czego? Samego
siebie pobytowi w pokojowo nastawionych pokojach?
Coraz częściej wszelka próba
równowagi wewnętrznej kończy się fiaskiem. Przesypujące się
ziarenka piasku na chodnikach pałętają się, sprawnie udając
proroctwo. Nie potrafię czytać z wątroby, gdy jestem na kacu,
wzrok zawieszam zazwyczaj na t-shirtach z ekstrawaganckimi napisami.
Nieraz już układałem sobie w głowie potencjalną rozmowę z kimś,
co się nosi w taki sposób. Spytałbym:
-
Pewnie śni się tobie być wielkim pisarzem, dlatego nosisz ciuchy z
nadrukami, co?
A on mi po chwili namysłu odpowie:
A on mi po chwili namysłu odpowie:
-
Spierdalaj, kuriozalny natchniony lamerze, więcej siebie nie miałeś,
że insynuujesz.
-
Nie tylko snami się żyje – taką dałbym ripostę, czekając na
reakcję.
-
Jeśli będę mieć taką fanaberię, to kupię koszulkę z napisem:
wszyscy jesteśmy gejami i lesbijkami lub kocham, gdy mi ruda laska
robi loda.
I
tak dalej, i tak dalej i donikąd.
Kolejny raz mijam surowy gmach
urzędu wojewódzkiego (piszę z małej, a gdyby poza wielką i małą
literą istniała trzecia opcja, na pewno bym użył akurat w tym
przypadku). Zatrzymuje się autobus nr 51, autobusy pożerają bilety
niczym nieprzebłagana plaga szarańczy, przysiadają na wąskich
łodygach podróży. Niewielki wysyp hipsterów ubarwia centra
handlowe i ulice. W takim razie buty, które nosimy powinniśmy
uważać za pewną plantację, na której uprawiamy pęd bujnej
podróży. Wsiadamy do tramwajów, wracamy z zakupów i zdejmujemy buty świecące pustkami, nie obrodziły ani razu krajobrazem.
Zanim wrócę do domu studenckiego, pójdę kupić co nieco w pobliskim dyskoncie zlokalizowanym na ulicy Karola Libelta. Nieustannie wykupujemy produkty ze sklepowych półek i jest w tym coś z uwalniania niepojętych źródeł samotności, od których swój początek biorą wszystkie nazwy, Język nie spotyka się z niczym poza sobą samym. Przypominam sobie wiersz pewnej młodej poetki, którą dystans podzielił między Warszawę, a jak najbardziej ziemskie Księżyce położone na Dolnym Śląsku. Jest o trenującej duszy, a może powinien być o drenującej, bo się pozbywa nadmiaru kosmosu, ocieka bezustannie przestrzenią i ciałem. W tym wierszu dalej mowa jest o rzeczywistości, której tkanka by się rozluźniła, gdyby dusza podniosła samą siebie i urosły na tyle wysokie bicepsy, że Himalaje będę niczym wiosenny pyłek kręcący się w nosie alergika niczym w mikroskopijnym układzie słoneczny. Wiersz kończy się natomiast gwałtownym protestem, co skojarzyłem szybko z pierworodnym testem na występowanie i występowaniu w sobie nas samych albo siebie w sobie, z testem na sens protu, czyli izotopu wodoru w naszej egzystencji.
- Poproszę 18 złotych i 58 groszy.
- Dziękuję, do widzenia.
- Do widzenia.
Wychodzę ze sklepu, przechodzę przez ulicę i lekko zamyślony przewracam głowę to w lewo i prawo, patrzę w niebo i żadna chmura nie nosi w sobie wystarczającej ulgi, zgarnianego oczyszczenia przez prawo grawitacji. Myślę sobie, że nie pozostaną po nas nawet mikroskopijne miejsca lub nanizani na wiatr, chodniki, wysmukłe promienie przedzierające się przez szpary w zębach, nie pozostaniemy po nawet świeżo wymalowanych ławkach, miejscach nie zachodzących ani nie wschodzących, które ze sobą się nie spotykają, nie uczęszczają do indziej, aby pobierać tajemną naukę dystansu. Temu miasto powoli już się wyczerpuję i nie wiem czy ujść jemu, znaczy się uśmiercić. Szukałem siebie we wszystkim czego dotykałem. Regularnie gubię bilety komunikacji miejskiej i zapominam, że jutro nie przychodzi. Warta skończyła na dnie (tak jest już ze wszystkimi ciemnymi rzekami), przechodzi załamanie lustra wody, światła, a my ją kurujemy nakłuwanymi odbiciami jak przy akupunkturze. Nie ujdzie jej na sucho, uwadze lub cało, po wszystkim nie dopływa, dochodzi do siebie.
Zanim wrócę do domu studenckiego, pójdę kupić co nieco w pobliskim dyskoncie zlokalizowanym na ulicy Karola Libelta. Nieustannie wykupujemy produkty ze sklepowych półek i jest w tym coś z uwalniania niepojętych źródeł samotności, od których swój początek biorą wszystkie nazwy, Język nie spotyka się z niczym poza sobą samym. Przypominam sobie wiersz pewnej młodej poetki, którą dystans podzielił między Warszawę, a jak najbardziej ziemskie Księżyce położone na Dolnym Śląsku. Jest o trenującej duszy, a może powinien być o drenującej, bo się pozbywa nadmiaru kosmosu, ocieka bezustannie przestrzenią i ciałem. W tym wierszu dalej mowa jest o rzeczywistości, której tkanka by się rozluźniła, gdyby dusza podniosła samą siebie i urosły na tyle wysokie bicepsy, że Himalaje będę niczym wiosenny pyłek kręcący się w nosie alergika niczym w mikroskopijnym układzie słoneczny. Wiersz kończy się natomiast gwałtownym protestem, co skojarzyłem szybko z pierworodnym testem na występowanie i występowaniu w sobie nas samych albo siebie w sobie, z testem na sens protu, czyli izotopu wodoru w naszej egzystencji.
- Poproszę 18 złotych i 58 groszy.
- Dziękuję, do widzenia.
- Do widzenia.
Wychodzę ze sklepu, przechodzę przez ulicę i lekko zamyślony przewracam głowę to w lewo i prawo, patrzę w niebo i żadna chmura nie nosi w sobie wystarczającej ulgi, zgarnianego oczyszczenia przez prawo grawitacji. Myślę sobie, że nie pozostaną po nas nawet mikroskopijne miejsca lub nanizani na wiatr, chodniki, wysmukłe promienie przedzierające się przez szpary w zębach, nie pozostaniemy po nawet świeżo wymalowanych ławkach, miejscach nie zachodzących ani nie wschodzących, które ze sobą się nie spotykają, nie uczęszczają do indziej, aby pobierać tajemną naukę dystansu. Temu miasto powoli już się wyczerpuję i nie wiem czy ujść jemu, znaczy się uśmiercić. Szukałem siebie we wszystkim czego dotykałem. Regularnie gubię bilety komunikacji miejskiej i zapominam, że jutro nie przychodzi. Warta skończyła na dnie (tak jest już ze wszystkimi ciemnymi rzekami), przechodzi załamanie lustra wody, światła, a my ją kurujemy nakłuwanymi odbiciami jak przy akupunkturze. Nie ujdzie jej na sucho, uwadze lub cało, po wszystkim nie dopływa, dochodzi do siebie.
Na lekkim kacu wreszcie stoję
przed portiernią, odbieram klucz i wspinam się piętro po schodach.
Zatrzymam się, na lewo światło wylizuje kibel przygrywający na
spłuczkach, ekstrawagancko, ale czasami słyszę w tym coś z
kunsztu średniowiecznych bardów albo trubadurów. Chwilę nasłuchuję
i nasycam ucho wyrafinowaną polifonią plątających się odgłosów
ulicy, przejeżdżających aut z głęboką pieśnią wprawiającą
rury w szamanistyczny trans, zmieniającą kanalizację w tajemniczy
obrzęd, wilgotne misterium.
-
Kiedy pijemy? Ciągle się umawiamy i nic z tego nie wychodzi.
-
Zobaczymy, pożyjemy. Piwo, może wódkę? Otworzyłem, haustem
spiłem, potem biłem, czyli byłem.Na korytarzu spotykam tego typu
ludzi, dziewczyny i chłopaków, którzy (jeśli tylko to opiera się paradoksom - ich nazwa sygnalizuje, że chodzą parami) własne dusze by pomieszali z wódką i wypili drinka,
zawinęli w blanta.
Doczłapałem
się na trzecie piętro. Przekręcam klucz, przejęzyczam klucz i
otwiera się na mnie duszne pomieszczenia, niewielka przestrzeń
uścisnęła mnie jak na przywitanie, aż zasłona zaczepiona na
żabkach zaczęła coraz gwałtowniej falować. Sprawiała wrażenie,
że zaraz się uwolni. Opaski nie oddają się własnej ślepocie.
Ech, całe uniwersum jest wielką opaską. Jak zdjąć, by wreszcie
oczy spojrzały na siebie, nie podpierając się szklaną laską
pełną odbić?
Coś przemieszczało się, brnęło przez skamieniały wiatr i przeciągi nie zatrzymujące się przed portiernią. Gdy rozejrzałem się po pokoju, wszystko było na swoim miejscu, a miejsca jednak nie była na wszystkim, zakorzenione w gęstą sieć wymiany cząstek elementarnych, nieruchomego dystansu i barw nie rodzących nieznane kolory. Zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki, więc mam mętlik w głowie i czuję jakby we mnie obudził się nieczynny przez stulecia wulkan oblizywany przez jęzor lodowca merdającego obrywającymi się kawałami lodu. I właśnie teraz wzięło mnie na fantazjowanie, 18-letnia Inuitka robi mi loda na szczycie lodowca. Żywioły coś mają z pierwotnego erotyzmu. Oceany się liżą z wyspami i kontynentami, tysiącami falistych języków sięgają do plaż i łechcą ziarnka piasku niczym stopy nawet jeżeli jest sam środek nocy i nikt nie przechadza się plażą samotnie. Zamuliło mnie nie źle przez atrakcyjnie długą podróż pociągiem (wykorzenioną niczym pechowi przesiedleńcy po zakończenie II wojny światowej), dlatego położyłem się na łóżku i nagle zasnąłem.
Coś przemieszczało się, brnęło przez skamieniały wiatr i przeciągi nie zatrzymujące się przed portiernią. Gdy rozejrzałem się po pokoju, wszystko było na swoim miejscu, a miejsca jednak nie była na wszystkim, zakorzenione w gęstą sieć wymiany cząstek elementarnych, nieruchomego dystansu i barw nie rodzących nieznane kolory. Zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki, więc mam mętlik w głowie i czuję jakby we mnie obudził się nieczynny przez stulecia wulkan oblizywany przez jęzor lodowca merdającego obrywającymi się kawałami lodu. I właśnie teraz wzięło mnie na fantazjowanie, 18-letnia Inuitka robi mi loda na szczycie lodowca. Żywioły coś mają z pierwotnego erotyzmu. Oceany się liżą z wyspami i kontynentami, tysiącami falistych języków sięgają do plaż i łechcą ziarnka piasku niczym stopy nawet jeżeli jest sam środek nocy i nikt nie przechadza się plażą samotnie. Zamuliło mnie nie źle przez atrakcyjnie długą podróż pociągiem (wykorzenioną niczym pechowi przesiedleńcy po zakończenie II wojny światowej), dlatego położyłem się na łóżku i nagle zasnąłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz